Zawsze jedynym sposobem pozbycia się wilkołaków było wymordowanie ich co do jednego. Te które łączyły się w watahy były szczególnie groźne gdyż w 100% były owładnięte wilczymi duchami.. Niektóre jednak zachowały ludzką świadomość,ale ich łowczy instynkt czynił je w dalszym ciągu groźnymi...
Byli wśród nas tacy,którzy litowali się nad nieszczęśnikami uwięzionymi pomiędzy światami. Bo jakże to bolesne być człowiekiem w ciele bestii ..
Pamiętam ,że wśród ludzi znalazło się kilku śmiałków. Dzielni mężowie i jedna niewiasta.. Oni to odszukali wampiry,które wszelkimi siłami próbowały więzić te nietypowe wilki by nie zostały zabite,ale też by nie sprawiały kłopotów. Nie wiem czy to jakiś przejaw resztki człowieczeństwa i litości.. Jesteśmy rózni jak różni są ludzie i inne stworzenia. Każdy ma własne mysli i pragnienia. Łączy nas jedynie wola przetrwania i nie kończący się głód. Kiedy doszło wreszcie do konfrontacji moi bracia nie wiedzieli co zrobić.. Czy zabić śmiałków czy też wysłuchać. Jednak po krótkiej naradzie postanowili dać szansę wypowiedzenia się tym ,którzy okazali tak wiele odwagi wkraczając do gniazda żmij i nie zważających na niemal pewną śmierć.... Okazało się,że wśród więzionych bestii jest narzeczony kobiety... Upadła na kolana przed najwyższym z tej grupy i błagała by nie krzywdzić jej kochanka.. Wampiry zmieszane cała sytuacją nie wiedziały co uczynić... Wydaje mi się ,że przez tą jedną kochającą kobietę,jeszcze raz poczuli w swoich piersiach bicie serca ,które było w okowach śmierci.Zapałali sympatią do tych ludzi co w historii oby gatunków już się nie powtórzyło na większą skalę.Później nawiązała się nawet między nimi przyjaźń... Zawiązali pakt o wspólnej pomocy przy łapaniu i ukrywaniu mieszańców. Pakt ten pozostał w ukryciu zarówno między ludźmi jak i wampirami. Żadna ze stron nie patrzyła na takie układy życzliwym okiem.
Po latach więc prowizoryczne więzienia zastąpiono wykopanymi w ziemi wielkimi grotami z których w żaden sposób więźniowie nie mogli uciec. Ludziom,którzy przypadkiem odnajdywali wejście do więzienia mówiono,że to miejsce to po prostu stara kopalnie ,która była źle zbespieczona i w efekcie runęła. Ta wersja zaspokajała ciekawość przypadkowych ciekawskich wieśniaków i szybko zapominali o tajemniczej "kopalni".
Praca była mozolna i ciężka... Ludzie pracowali za dnia kłamiąc,że szukają cennych kruszców(stąd też wzięła się historyjka o kopalni),wampiry kopały zaś nocą... Kiedy już praca została ukończona,wejście zostało zamaskowane przez wampira ,który znał sztukę magiczną i do dziś dzień nieliczni tylko wiedzą gdzie ono się znajduje i jakie słowa odkrywają wejście oczom,budowniczowie zaś,podpisali krwią przysięgę ,że będą paktowi wiernie służyć i nie zdradzą miejsca uwięzienia wilków.
Ludzie czerpali z tego układu taką korzyść,że za dnia pozwalano się im spotykać i karmić więźniów,czasem nawet wyprowadzać na powierzchnię. Jednak bezwzględnie przed zmierzchem ludzie musieli opuścić więzienie nie oglądając się za siebie. Mieli też pewność ,że ich bliscy nie zostaną zabici podczas wiecznej wojny.
Wampiry zaś w tajemnicy przed ludźmi wykopali jedną olbrzymią grotę ,która była pod całym wielopoziomowym więzieniem.. Tam to umieszczano pochwyconych władców wilków.. Zbudowano także specjalną salę tortur gdzie zadawano niewyobrażalne cierpienia wilkołakom. Który z nich nie wolałby zginąć niż trafić w to miejsce.... Jednak tortury były skuteczne... Wilki po miesiącach ciągłego łamania kończyn i innych wymyślnych sposobów zadawania bólu pękały i zdradzały miejsca gdzie poszczególne watahy zbierały się na nocne łowy...
Wtedy wiadomości te docierały do wojów a pchlarze pochwycone w pułapkę były zabijane co do łba.....
Obnażam na tym blogu swą duszę poprzez to co tworzę... Choć robię to niedoskonale jednak prosto z serca...
sobota, 14 lutego 2009
Wspomnienia niedoszłej ofiary cd
Czasami w życiu człowieka zdarza się coś czego nigdy by się nie spodziewał i nigdy nawet nie przypuszczał ,że może wydarzyć się w rzeczywistości. Tak też było i tym razem... Pochodziłam z rodziny głęboko wierzącej. Ojciec zawsze powtarzał,że trzeba mieć ufność w Chrystusie a nigdy nic złego się nie przydarzy... Wierzyłam w słowa ojca i gorąco się modliłam do Jezusa by nigdy nic złego mnie nie potkało. Przez te wszystkie lata wychodziłam cało z różnych opresji. Zawsze jakimś dziwnym trafem wszystko układało się i wracało na właściwe tory.... Mijały lata a ja dorastałam w miłości i cieple rodzinnym. Chociaż byłam dobrze wychowana zdarzało mi się popełniać głupstwa a to co opiszę było jednym z nich...
Siedziałam wieczoru pewnego z przyjaciółką w barze mlecznym... Plotkowałyśmy ,śmiałyśmy się i dzieliłyśmy się różnymi nowinkami o kolegach ze szkoły ,którą skończyłyśmy kilka lat wcześniej. Tyle się pozmieniało. Każdy z nas ruszył w innym kierunku. Jedni wyjechali za granicę studiować,inni założyli rodzinę a jeszcze inni tak jak ja szukali sensu w tej szarej rzeczywistości...
Generalnie nie zwracałam uwagi na ludzi tylko skupiałam się na rozmowie,ale kiedy tym razem otworzyły się drzwi po prostu wszystko co widziałam i słyszałam zawęziło się tylko do niego... Wysoki, przystojny i....jakby obłąkany. Zasiadł przy barku i poprosił o dużego drinka... Oczywiście w barze mlecznym mogli mu zaoferować jedynie kawę... Nie wiem czy do niego nie docierało gdzie wszedł czy może był odurzony jakimiś środkami. Przyglądałam się mu tak uważnie,że moja koleżanka ,aż zwróciła mi uwagę bym ją słuchała.... Przytaknęłam jej i jeszcze chwilę słyszałam jej opowieść jednak nie długo bo znowuż cała moja uwaga uciekła w jego stronę....
Zamówił wreszcie kawę rezygnując z drinka... Powiedział,że woli być trzeźwy,żeby móc przed NIMI uciec kiedy po niego przyjdą... Nie wiedziałam o co chodzi.. Może był nie spełna rozumu,ale im dłużej się przyglądałam temu mężczyźnie tym bardziej dostrzegałam,że nie jest szalony tylko przerażony....
Próbował coś mowić do kolesia który siedział obok niego.. Nie słyszałam dokładnie o czym mówił... Powtarzał tylko coś o bestiach. Mężczyzna postukał się po głowie i przemiusł się do stolika zostawiając tamtego samego. Ten "obłąkany" spojrzał gdzieś przed siebie i zwiesił głowę w bezsilności...
To był impuls. Nawet nie zauważyłam kiedy wstałam od stolika i poszłam w stronę baru odsunęłam stołek i usiadłam obok mężczyzny... Moja koleżanka musiała się nie źle wkurzyć,ale jestem pewna ,że mi wybaczyła... Mężczyzna jeszcze chwilę siedział bez ruchu,aż wreszcie podniósł głowę i spojrzał na mnie załzawionymi niebieskimi oczami... Wyglądał jakby nie spał kilka nocy...
-Czego chcesz..? - burkną prawie nie słyszalnym głosem.
-Wysluchać Cię...
-Jasne-ożywił się..-pewnie w stoliku czekają Twoi koleżkowie z którymi będziesz miała nie zły ubaw ze mnie... Zjeżdżaj i nie zawracaj mi głowy. I tak nie zostało mi wiele czasu a nie chcę go tracić na kolejną bezsensowną rozmowę.. I tak mi nikt nie wierzy..
I to był dla mnie najlepszy punkt zaczepienia.
-Mój ojciec wychował mnie tak bym służyła bliźnim... Zauważyłam,że jesteś sfrustrowany i chcesz z kimś pogadać,więc...jestem i słucham Cię. Uwierzę w to co powiesz,gdyż tak mi nakazuje wiara. -chyba podziałało,bo koleś uśmiechnął się a jego oczy jakby błysnęły błekitem.
-No dobrze ,ale.... rozejrzał się po lokalu,ludzie zerkali na nas z ukradka. Pewnie dlatego ,że wcześniej zachowywał się tak niespokojnie.- uhmmm...może nie tu. Za wiele ludzi,czuję się źle kiedy jestem w tłumie...
Przytaknęłam i poszłam po moją torebkę... Powiedziałam koleżance,że się jeszcze z nią skontaktuję i wyjaśnię jej wszystko później. Niestety nie mogłam tego już nigdy zrobić.
Podążyłam posłusznie za mężczyzną . Podszedł do czerwonego mustanga... W głowie mi zawirowało kiedy wyciągnął w jego stronę rękę a światła wesoło zamigotały sygnalizując,że auto jest otworzone.... Jednak nie to zrobiło na mnie wrażenie jakim autem woził się ten człowiek a to ,że ktoś kogo stać na taki pojazd doprowadził się do takiego stanu. Podszedł do drzwi i otworzył je przede mną... Wsiadłam do wozu. Roznosił się w nim zapach samochodowych perfum o bardzo przyjemnych nutach wanilii,piżma i innych zapachów których nie umiałam rozpoznać. Zastanawiałam się co faceta o tak dobrym smaku mogło tak bardzo skołować... Wsiadł do samochodu i odpalił... W jednej chwili znaleźliśmy się na drodze gnając z wielką prędkością.
-Dlaczego się tak spieszysz!- czułam się nie pewnie jadąc taką szybkością po miescie. Łatwo o wypadek w takich warunkach,a mnie życie było miłe... Zapięłam pasy... Zaśmiał się...
-Myślisz,że śmierć w wypadku jest straszna?! Z dwojga złego wolałbym właśnie taką....
-Co masz na myśli??? Zwolnij proszę!!!- Ściągnął nogę z gazu i trochę mi ulżyło...
-Byłem tydzień temu w jednej miejscowości w interesach... Było świeżo po wypłacie więc w portfelu miałem cała sumę bo nie lubię plastiku. No wiesz...kart kredytowych... ALe pech chciał ,że jakiś koleś skosił mi go z kieszeni. Na szczęście,albo nie szczęście połapałem się i pobiegłem za nim by odzyskać moją własność i skopać dupkowi tyłek...-patrzyłam na niego a on stawał się coraz sopkojniejszy a wzrok skupiony na drodze. Slowa stawały się pewne... Strach ustępował spokojowi..spokoj nienawiści....-biegłem za mim dobry kilometr pokonując spore wzniesienie.. Zobaczyłem za nim jakieś opuszczone rudery.. Ponoć opuszczone miasteczko w którym straszy... Tyle dowiedziałem się o tej miejscowości i jej historii przez te kilka dni pobytu... Przecież nie mogłem sądzić ,że... No ale po kolei... Koleś pobiegl w to miejsce a mnie cóż pozostało.. Goniłem go dalej. Jednak w pewnym momencie się zatrzymał jak wryty ,więc postanowiłem się schować w bezpiecznej odległości. Przypuszczałem,że dostrzegł swoich koleżków i będą zgrywać kozaków co by mogło się dla mnie źle skończyć... Ale nie... Na przeciwko wyszła mu mała grupka ludzi. Byli dziwni.. Spokojni,bezszelestni.. W sumie wzięli się z nikąd,tak jakby zmaterializowali się... Była z nimi kobieta.. Objęła go w pasie i.....-głos mu zadrżał. Jakieś wspomnienia znowu zakłóciły jego pewność siebie i lekko odbiły się na twarzy. Dotknęłam jego ramienia...
-Jak nie chcesz to nie musisz mowić więcej...
-Muszę bo inaczej stracę do końca rozum! Ona ..ona wgryzla się w jego szyję a reszta zaczęła się dziko śmiać... W tym momencie uciekłem,ale jestem pewien,że wiedziały o mnie te istoty... Dały mi pokaz a teraz zapolują na mnie. Boję się każdego szmeru i każdego dziwaka o jasnej cerze... Nigdy nie wierzyłem w demony,duchy i inne głupoty,ale teraz już nie jestem pewien czy rzeczywiście wszystkie te opowieści są wyssane z palca. Widziałem to! Nie śniło mi się. Przyjechalem do tego miasta zaraz po tych wydarzeniach. Nawet nie wstąpiłem do pensjonatu po moje rzeczy.... To było takie straszne...
-Co to byli za ludzie?? -zapytałam z zaciekawieniem. Jakaś dziwna cząstka mnie pragnęła odkrycia tej tajemnicy.. Chciałam wiedzieć a jego umysł był kluczem.
-To..hm.. nie jestem pewien,ale jeśli wierzyć w legendy.. Eghm... Oglądałaś Wywiad z wampirem?
-Owszem...ale co to ma do rzeczy...
Spojrzał na mnie i utkwił we mnie swój przenikliwy wzrok.... Nie musiał już nic mówić... Już wiedziałam,choć nie mogłam uwierzyć.
-..o wielki Boże... Chyba nie chcesz mi powiedzieć ,że to były....
-Tak.... To były one!
sobota, 7 lutego 2009
Sen anioła..
Jestem zupełnie inna... Oni nie potrzebują snu... Ja tak. Czuję sie zagubiona w tym świecie.....- powoli mój umysł odpłynął w ciemna odchłań...Po chwili zaczęły się z niej wyłaniać różne kształty.. Koń, miecz,skały.. Może przez tą sytuację która wydarzyła się tej nocy powróciły do mnie wspomnienia pewnej wyprawy...

Wiele lat,przed potyczką która odbyła się niedawno byłam sama w dziwnym kraju.. Było tam wiele śniegu w tym czasie... Chodziłam boso po tym srebrzystym puchu... Może kogoś właśnie przeszedł dreszcz na te słowa,ale przecież nie jest mi zimno,generalnie rzecz biorąc nie żyję,więc nie czuję ani ciepła ani mrozu. Szłam leśną ścieżką.Pozwoliłam sobie nawet na rozprostowanie skrzydeł... Dotykałam delikatnie śniegu na igłach sosen... To było takie przyjemne. Na moje czarne pióra opadały lekko płatki śniegu.. Nie czułam aż tak dotkliwie tego ,że jestem demonem,krwiżerczym myśliwym. Byłam sama i nie myślałam o krwi... Tylko ja i las. Biel... Chociaż w nocy nie widać kolorów,to w blasku miesięcznego księżyca było widać wielkie połacie bieli mieniącej się brokatowo. Może ludzie nie wiedzą tego ,ale w takie noce świat pachnie magią. Żyłam nią,napawałam się.... Wciągałam ją chaustami z powietrzem. Nagle ten nie zmącony spokój przerwała mi jakaś myśl... ALe nie była ona moja... Ktoś tam byl,blisko i mnie obserwował. Nie bał się. Znał dzieci nocy... Jakiś starzec...
-Wiem,że tu jesteś... -Powiedziałam. Na ścieżkę przedemną spadło z poruszonych gałęzi kilka kupek śniegu i wyłonil się on... Niski staruszek,tak chudy ,że nawet wilkołak nie pokusiłby się na niego... Miał mądre oczy. Tak jak gdyby.... -co tutaj robisz starcze? Śledzisz mnie?
-Wybacz mi Pani,nie śledziłem Cię... Po prostu wiedziałem ,że tu będziesz.
-Jak to wiedziałeś-roześmiałam się- nikt nie miał prawa chyba,że umie czytać w przyszłości...
-W rzeczy samej... Wybacz,że się nie przedstawiłem.. Bład ten już naprawiam.. Mistyfikus... Dla niewielu znany jakko czarodziej...
-Nie igraj ze mna starcze.... Bo możesz to przypłacić życiem...- nie lubiłam kiedy ktoś wmawiał mi jakieś głupoty.. Fakt ,że stary się nie bał. Ale magów w tamtych czasach było już nie wielu,a na pewno już nie włuczyli się po lasach. Raczej pławili się w luksusach zamków i dworów wzamian za przepowiadanie przyszłości i proste magiczne sztuczki.
-Wiem kim jesteś...-popatrzyłam na niego z ciekawością.-Jesteś aniołem... Lecz przemieniono Cię w wampira.... Cierpisz,bo nie wiesz gdzie Twoje miejsce. Lecz ja mogę Ci pomóc odnaleść sens życia... W Twoim przypaku życia wiecznego.
-Jest gdzieś miejsce gdzie moglibyśmy porozmawiać ... Ten mróz Ci nie służy Starcze.... - Nie powiedział nic tylko pstryknął w palce i obraz otaczającego mnie świata nagle się zmienił... Z zimowego lasu przeniósł nas do ciepłego pokoju z kominkiem... Na stole stały 2 filiżanki...
Zdziwiłam się... Jednak mówił prawdę. Czułam,że to bd wielka rzecz... Intrygowała mnie cisza w moim umyśle. Nie słyszałam już jego myśli. Tak jakby w lesie celowo pozwolił się odkryć... A teraz jego tajemnice są głęboko schowane w jego duszy... Musiałam się zdać na to co mi powie i wierzyć mu.
-Herbaty?? Eghmm... Pytam przez grzeczność,bo wiem,że wy nie pijacie... -Odchrząknął... Wskazał mi miejsce gdzie mam usiąść. Po czym sam opadł na fotel i nalał sobie gorącego płynu. -..no więc moja droga... Pewnie jesteś ciekawa jaką mam dla Ciebie propozycję... Na pewno jesteś bo inaczej już bym nie żył. Ponoć krew magów dodaje Wam szczególnej siły,ale po co to mówię...
-Ależ mów bo zaczyna mnie to ciekawić...-Odsłoniłam moje kły w obłudnym uśmiechu. Nie wiem dlaczego ,ale chciałam go sprawdzić czy chociaż się wzdrygnie... ALe nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
-Może innym razem. -powiedział i zerknął na mnie spod brylków.- Krąży wśród magów legenda o cudownej zbroji anioła,nie zniszczalnym kryształowym mieczu,hełmie z piórem feniksa i tarczy wykutej w kuźni Hefajstosa. Są to artefakty tak unikatowe a za razem cenne,że postanowiono je skryć w grocie największej góry z Doliny Martwych Jezior... Ta z kolei jest w miejscu ,którego nikt nie zna... Nikt też nie wie napewno czy rzeczy te istnieją ,ani czy nie zostały już odnalezione. Chociaż w to drugie wątpię,bo byłoby głośno o osobie je posiadającej. Jestem tu ,bo chcę odnaleść tę grotę. Ale legenda mówi też ,że żaden człowiek nie dostrzeże miejsca w którym przechowywane jest oręże i zbroja... Musi być to ktoś z pogranicza światów.. A Ty... Ty moja droga jesteś kimś takim... Nie jesteś aniołem,bo masz czarne srzydła i jesteś na ziemi... Nie możesz być też wampirem,bo nie pijesz ludzkiej krwi, ani człowiekiem... Jesteś stworzeniem ,ktore reprezentuje sobą kilka światów... Próżno szukać drugiego takiego... Więc mam dla Ciebie propozycję. Poszukaj ze mną tej groty i Doliny Martwych Jezior...
-Co mi z tego przyjdzie...-Historia była ciekawa,ale nie widziałam w tym żadnego zysku dla siebie prócz czasu w którym bym się nie snuła bez celu. Co już było dla mnie atrakcyjne,ale chciała wyciągnąć z Mistyfikusa więcej.
-Nie mówiłem,że chcę zatrzymać te rzeczy... Legenda mówi ,że stworzenie,które posiądzie skarb przyczyni się do zakończenia krwawej rzezi... Szkoda,że słowa tej opowieści nie mówią o jaką rzeź chodzi. Nie mniej jednak jestem przekonany,że powierzenie Tobie skarbu jest najlepszą wersją.
-Wiesz co starcze... Wchodzę w to.. Chociaż nie wiem,czy mnie tylko zwodzisz czy nie... Jeśli wszystko co powiedziałeś jest kłamstwem zrobię wyjątk i wypiję Twoją krew z rozkoszą.. A jeszcze po tym co wcześniej powiedziałeś o mocy z niej płynącej jest to dla mnie tym bardziej kuszące ... - Mistyfikus uśmiechnął się lekko i kiwnął głową na znak ,że się zgadza... Pokazał mi potem wiele map i zapisków.. Tajemne księgi i zaklęcia. Kilka z nich zapamiętałam... Były inne niż te których uczyl mnie ojciec. Nie wszystkie służyły dobru... Czytając je zastanawiałam się czy ,aby ten mag to nie jest czarnoksiężnik i nie chce mnie wykiwać.. Mijały dnie i noce... Nauczył mnie wielu rzeczy,które jego zdaniem będą mi potrzebne w poszukiwaniach... W moim umyśle nakreślała się mapa.... Na niej powstawała droga ,którą powinnam podążać... Po jakimś czasie wszystkie moje zmysły nakierowane były na Dolinę Martwych Jezior... Tak jak gdyby wyprawa ,która była przede mną była mi przeznaczona od zarania dziejów... Pewnej nocy starzec zabrał mnie do lasu... Nie mówił nic. Szliśmy w ciszy....Wiatr rozwiewał mi włosy i pieścił delikatnie policzki... Słyszałam tylko zgrzytanie śniegu i delikatny szum piór...
-Chciałem Ci pokazać co znalazłem tej nocy. Nie mam pojęcia skąd się tu wziął... Z regóły wiem co się dzieje w lesie ,ale nie tym razem... Takiego stworzenia jeszcze nie widziałem.
Z daleka zobaczyłam dwie plamy które błyszczały krwistą czerwienią... Poczułam mrowienie w całym ciele.. Zbliżałam się do czegoś co już kiedyś spotkałam.. Do czegoś co.... W mrokach nocy pośród drzew majaczył jakiś krztałt... Starzec stnął w miejscu i puscił mnie przodem. O nic nie pytałam. Stworzenie przyciągało mnie jak magnez. Gdy byłam już zupełnie blisko poznałam co to jest... Po raz pierwszy od kąd byłam wampirem poczułam na policzkach łzy...
-Eufrant...-wyszeptałam. Ogier podszedł do mnie spokojnie i uderzył nosem w policzek. Jego długa grzywa oparła się na moim ramieniu... Położyłam rękę na jego szyi i poczułam to ciepło które przenika ciało i duszę. Po raz pierwszy nie czułam w sobie chłodu martwego ciała.
Poświęcił go dla mnie. Pamięta...-myślałam z radością....Machnęłam srzydłami i już siedziałam na jego grzbiecie... Koń stanął dęba i ruszył... Wciągnęłam w biegu na jego grzbiet starca.. Popędziliśmy do chaty. Zabraliśmy to co było niezbędne do drogi. Starzec osiodłał swojego rumaka i ruszyliśmy w drogę. Eufrant wiedział gdzie ma isć. Po naszym spotkaniu odżyło jakieś dawno zapomniane wspomnienie,które kierowało nas do tego co było przeznaczone. Teraz już wiedziałam,że starzec nie klamał. Gnaliśmy wiele kilometrów lasem. W końcu po paru godzinach dotarliśmy na skraj lasu... Starzec powiedział,że tak daleko jeszcze nigdy nie zabnął. Naszym oczą ukazała się biała pustka... Martwe jezioro śnieżnego pustkowia. Wiedziałam,ze już nie daleko.... Rozejżałam się dookoła... Po prawej stronie dostrzegłam coś podłużnego ,coś czego nie znałam. Nie było to drzewo ,ani żadne stworzenie. Za to starzec usmiechnął się kiedy się zbliżaliśmy do tego czegoś... Wyciągnął księgę,na której kaligraficznymi literami było napisane PRZYSZŁOŚĆ... Kiedyś opowiadał mi,że zajżał w przyszłość a w tej księdze opisał cuda ,które zostanę wynalezione... Pokazał mi stronę na której było napisane latarnia. Namalowane urzędzenie było identyczne z tym co mogłam obserwować na własne oczy... Długi twardy przedniot.. Prawdopodobnie z metalu... Na końcu się rozszerzał i był bogato zdobiony... Kiedy byliśmy już blisko tej LATARNI, to coś na górze błysnęło światłem... Zasłoniłam twarz z trwogi... Instynktownie już uciekam od światła. Ale to nie szkodziło mi. Pognałam Eufranta by zrobił kilka kroków w przód. Nasze cienie się wydłużały z kilejnymi nie pewnymi krokami.... Aż prawie wyszliśmy ze światła. W tym momencie przed nami zapaliła się kolejna latarnia.. Popędziłam rumaka by szedł prędzej.... Kiedy znaleźliśmy się na wysokości kolejnej latarni ta z tyłu zgasła pozostawiając za nami ciemną noc... Mag wiernie podążał za mna... Historia z latarnią ciągle się powtarzała. Kiedy wychodziliśny ze światła jednej z przodu rozbłyskało światło kolejnej,a gdy się z nią zrównywaliśmy ta z tyłu gasła. Latarnie wyznaczały jakąś drogę. Popędzałam Eufranta najpierw do kłudu później już do galopu,będąc pewna,że światło znów się włączy i pokaże gdzie się udać. Szeńczy bieg,zapalające się swiatla latarni ,których z resztą nie powinno tam być... To było jakieś zmieszanie czasów na śnieżnym pustkowiu. Ale kto by się przejmował szczegółami... W świecie wampirów ,wilkołaków i magów oraz innych stworzeń nic już nie dziwiło. Wiedziałam już czym jest Dolina Martwych Jezior.... Jeszcze góra.....
Eufrant stanął dęba... Przed nami pojawiły się skały... Czyżby to już było to..
-Dotarliśmy-powiedział starzec.- Teraz już wszystko zależy o Twojego instynktu...
Wiedziałam co zrobić.... Zamknęłam oczy .. Stanęłam na grzbiecie konia i słuchałam wiatru... Usłyszałam,choć do dziś nie wiem jak,że ściana góry jest płaska.. Nie da się na nią wdrapać. Gdzieś bardzo wysoko wiatr świszcze... Wydaje głuchy odgłos tak jak gdyby.... Zerwałam się... Od tego mam skrzydła by się wzbić. Nie otwierając oczu pędziłam w stronę tego dziwnego dźwięku.. Wiatr znosił mnie. Czasami przestawałam słyszeć świst... W głowie pojawiła się niepewność... Stanęłam w miejscu machając skrzydłami i otworzyłam oczy...... Zobaczyłam ustęp skalny na którym błyszczała latarnia... Oświetlała korytarzyk.. Weszłam do wnętrza tego dziwnego miejsca... Odgłosy które mnie tu przywiodły jeszcze głośniejsze w tym miejscu,przypominały mi jęki.. Nie bałam się chociaż może powinnam...
Latarnie włanczały się na tej samej zasadzie co na dole... Tyle,że teraz poruszałam się ostrożnie,rozglądając bacznie dookoła... Doszłam w końcu na koniec korytarza... Prosta ścina i nic więcej... Nie było NIC.... Opadłam na kolana zrezygnowana... Tyle drogi na nic. Padłam na plecy... W tej pozycji dobrze mi się myśli. Trzymając dłonie na oczach zastanawiałam się co robić. Czy trzeba użyć jakiegoś zaklęcia a może gdzieś powinna być jakaś dźwignie do kolejnego pomieszczenia? Czas mijał... W końcu stwierdziłam ,że to na nic... Odsłoniłam oczy i spojżałam na sufit.. Nie było go jednak widać jak w reszcie korytarza... Zastanowiło mnie to...
-Silme...- delikatne światło uniosło się z mojej ręki ku górze... Sufit był wile matrów nad moją głową i.... coś na nim się iskrzyło... Zerwałam się na nogi i wzbiłam,by się przyjżeć... Kiedy uleciałam kawałek ...latarnie...
-Tu znowu są i prowadzą do góry... Podążam w dobrym kierunku...-pomyślałam z zadowoleniem... Kiedy zapaliła się ostatnia zobaczyłam to po co przybylam.... Utrzymywały się w jakiś dziwny sposób na suficie... Zbroja,miecz,hełm i tarcza... Zdejmowałam je po kolei i kładłam na ziemi.... Potem założyłam na siebie zbroję... Dziwne ,ale pasowała tak jakby była robiona na miarę... Miała nawet wygodne dla skrzydeł wyżłobienia... W piuropuszu na hełmie płonęło pióro feniksa a miecz był tak piękny,że żadne skarby z żadnego świata nie dorównywały mu nawet w połowie.. Tak samo piękna była diamentowa tarcza. Znlazłam ten skarb. Udało się....
Kiedy wróciłam na dół,mag prawie nie zemdlał z zachwytu... Dotykał każdego przedmiotu z czcią. Bylam dumna z siebie. I ...cieszyłam się,że on jest zadowolony ze mnie. Zbliżyłam się do tego człowieka. Stał mi się bardzo bliski. Znalazł Eufranta, pomógł mi tam dotrzeć i nauczył naprawdę wiele rzeczy ,które później okazały się być przydatnymi. Jenakże wiedziałam,że w tym miejscu nasze drogi się rozchodzą. Szkoda... Ale pędziło mnie coś alej w świat.. Pożegnaliśmy się. Dałam mu coś co go ucieszyło.... Wyrwałam kilka moich piór i mu podarowałam.. Kiedyś mogą mu się przydać ....
Ruszyłam na moim czarnym Eufrancie w poszukiwaniu schronienia przed słońcem a starzec wrocił do chaty i już nigdy o nim nie uslyszałam...
Wiele lat,przed potyczką która odbyła się niedawno byłam sama w dziwnym kraju.. Było tam wiele śniegu w tym czasie... Chodziłam boso po tym srebrzystym puchu... Może kogoś właśnie przeszedł dreszcz na te słowa,ale przecież nie jest mi zimno,generalnie rzecz biorąc nie żyję,więc nie czuję ani ciepła ani mrozu. Szłam leśną ścieżką.Pozwoliłam sobie nawet na rozprostowanie skrzydeł... Dotykałam delikatnie śniegu na igłach sosen... To było takie przyjemne. Na moje czarne pióra opadały lekko płatki śniegu.. Nie czułam aż tak dotkliwie tego ,że jestem demonem,krwiżerczym myśliwym. Byłam sama i nie myślałam o krwi... Tylko ja i las. Biel... Chociaż w nocy nie widać kolorów,to w blasku miesięcznego księżyca było widać wielkie połacie bieli mieniącej się brokatowo. Może ludzie nie wiedzą tego ,ale w takie noce świat pachnie magią. Żyłam nią,napawałam się.... Wciągałam ją chaustami z powietrzem. Nagle ten nie zmącony spokój przerwała mi jakaś myśl... ALe nie była ona moja... Ktoś tam byl,blisko i mnie obserwował. Nie bał się. Znał dzieci nocy... Jakiś starzec...
-Wiem,że tu jesteś... -Powiedziałam. Na ścieżkę przedemną spadło z poruszonych gałęzi kilka kupek śniegu i wyłonil się on... Niski staruszek,tak chudy ,że nawet wilkołak nie pokusiłby się na niego... Miał mądre oczy. Tak jak gdyby.... -co tutaj robisz starcze? Śledzisz mnie?
-Wybacz mi Pani,nie śledziłem Cię... Po prostu wiedziałem ,że tu będziesz.
-Jak to wiedziałeś-roześmiałam się- nikt nie miał prawa chyba,że umie czytać w przyszłości...
-W rzeczy samej... Wybacz,że się nie przedstawiłem.. Bład ten już naprawiam.. Mistyfikus... Dla niewielu znany jakko czarodziej...
-Nie igraj ze mna starcze.... Bo możesz to przypłacić życiem...- nie lubiłam kiedy ktoś wmawiał mi jakieś głupoty.. Fakt ,że stary się nie bał. Ale magów w tamtych czasach było już nie wielu,a na pewno już nie włuczyli się po lasach. Raczej pławili się w luksusach zamków i dworów wzamian za przepowiadanie przyszłości i proste magiczne sztuczki.
-Wiem kim jesteś...-popatrzyłam na niego z ciekawością.-Jesteś aniołem... Lecz przemieniono Cię w wampira.... Cierpisz,bo nie wiesz gdzie Twoje miejsce. Lecz ja mogę Ci pomóc odnaleść sens życia... W Twoim przypaku życia wiecznego.
-Jest gdzieś miejsce gdzie moglibyśmy porozmawiać ... Ten mróz Ci nie służy Starcze.... - Nie powiedział nic tylko pstryknął w palce i obraz otaczającego mnie świata nagle się zmienił... Z zimowego lasu przeniósł nas do ciepłego pokoju z kominkiem... Na stole stały 2 filiżanki...
Zdziwiłam się... Jednak mówił prawdę. Czułam,że to bd wielka rzecz... Intrygowała mnie cisza w moim umyśle. Nie słyszałam już jego myśli. Tak jakby w lesie celowo pozwolił się odkryć... A teraz jego tajemnice są głęboko schowane w jego duszy... Musiałam się zdać na to co mi powie i wierzyć mu.
-Herbaty?? Eghmm... Pytam przez grzeczność,bo wiem,że wy nie pijacie... -Odchrząknął... Wskazał mi miejsce gdzie mam usiąść. Po czym sam opadł na fotel i nalał sobie gorącego płynu. -..no więc moja droga... Pewnie jesteś ciekawa jaką mam dla Ciebie propozycję... Na pewno jesteś bo inaczej już bym nie żył. Ponoć krew magów dodaje Wam szczególnej siły,ale po co to mówię...
-Ależ mów bo zaczyna mnie to ciekawić...-Odsłoniłam moje kły w obłudnym uśmiechu. Nie wiem dlaczego ,ale chciałam go sprawdzić czy chociaż się wzdrygnie... ALe nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
-Może innym razem. -powiedział i zerknął na mnie spod brylków.- Krąży wśród magów legenda o cudownej zbroji anioła,nie zniszczalnym kryształowym mieczu,hełmie z piórem feniksa i tarczy wykutej w kuźni Hefajstosa. Są to artefakty tak unikatowe a za razem cenne,że postanowiono je skryć w grocie największej góry z Doliny Martwych Jezior... Ta z kolei jest w miejscu ,którego nikt nie zna... Nikt też nie wie napewno czy rzeczy te istnieją ,ani czy nie zostały już odnalezione. Chociaż w to drugie wątpię,bo byłoby głośno o osobie je posiadającej. Jestem tu ,bo chcę odnaleść tę grotę. Ale legenda mówi też ,że żaden człowiek nie dostrzeże miejsca w którym przechowywane jest oręże i zbroja... Musi być to ktoś z pogranicza światów.. A Ty... Ty moja droga jesteś kimś takim... Nie jesteś aniołem,bo masz czarne srzydła i jesteś na ziemi... Nie możesz być też wampirem,bo nie pijesz ludzkiej krwi, ani człowiekiem... Jesteś stworzeniem ,ktore reprezentuje sobą kilka światów... Próżno szukać drugiego takiego... Więc mam dla Ciebie propozycję. Poszukaj ze mną tej groty i Doliny Martwych Jezior...
-Co mi z tego przyjdzie...-Historia była ciekawa,ale nie widziałam w tym żadnego zysku dla siebie prócz czasu w którym bym się nie snuła bez celu. Co już było dla mnie atrakcyjne,ale chciała wyciągnąć z Mistyfikusa więcej.
-Nie mówiłem,że chcę zatrzymać te rzeczy... Legenda mówi ,że stworzenie,które posiądzie skarb przyczyni się do zakończenia krwawej rzezi... Szkoda,że słowa tej opowieści nie mówią o jaką rzeź chodzi. Nie mniej jednak jestem przekonany,że powierzenie Tobie skarbu jest najlepszą wersją.
-Wiesz co starcze... Wchodzę w to.. Chociaż nie wiem,czy mnie tylko zwodzisz czy nie... Jeśli wszystko co powiedziałeś jest kłamstwem zrobię wyjątk i wypiję Twoją krew z rozkoszą.. A jeszcze po tym co wcześniej powiedziałeś o mocy z niej płynącej jest to dla mnie tym bardziej kuszące ... - Mistyfikus uśmiechnął się lekko i kiwnął głową na znak ,że się zgadza... Pokazał mi potem wiele map i zapisków.. Tajemne księgi i zaklęcia. Kilka z nich zapamiętałam... Były inne niż te których uczyl mnie ojciec. Nie wszystkie służyły dobru... Czytając je zastanawiałam się czy ,aby ten mag to nie jest czarnoksiężnik i nie chce mnie wykiwać.. Mijały dnie i noce... Nauczył mnie wielu rzeczy,które jego zdaniem będą mi potrzebne w poszukiwaniach... W moim umyśle nakreślała się mapa.... Na niej powstawała droga ,którą powinnam podążać... Po jakimś czasie wszystkie moje zmysły nakierowane były na Dolinę Martwych Jezior... Tak jak gdyby wyprawa ,która była przede mną była mi przeznaczona od zarania dziejów... Pewnej nocy starzec zabrał mnie do lasu... Nie mówił nic. Szliśmy w ciszy....Wiatr rozwiewał mi włosy i pieścił delikatnie policzki... Słyszałam tylko zgrzytanie śniegu i delikatny szum piór...
-Chciałem Ci pokazać co znalazłem tej nocy. Nie mam pojęcia skąd się tu wziął... Z regóły wiem co się dzieje w lesie ,ale nie tym razem... Takiego stworzenia jeszcze nie widziałem.
Z daleka zobaczyłam dwie plamy które błyszczały krwistą czerwienią... Poczułam mrowienie w całym ciele.. Zbliżałam się do czegoś co już kiedyś spotkałam.. Do czegoś co.... W mrokach nocy pośród drzew majaczył jakiś krztałt... Starzec stnął w miejscu i puscił mnie przodem. O nic nie pytałam. Stworzenie przyciągało mnie jak magnez. Gdy byłam już zupełnie blisko poznałam co to jest... Po raz pierwszy od kąd byłam wampirem poczułam na policzkach łzy...
-Eufrant...-wyszeptałam. Ogier podszedł do mnie spokojnie i uderzył nosem w policzek. Jego długa grzywa oparła się na moim ramieniu... Położyłam rękę na jego szyi i poczułam to ciepło które przenika ciało i duszę. Po raz pierwszy nie czułam w sobie chłodu martwego ciała.
Poświęcił go dla mnie. Pamięta...-myślałam z radością....Machnęłam srzydłami i już siedziałam na jego grzbiecie... Koń stanął dęba i ruszył... Wciągnęłam w biegu na jego grzbiet starca.. Popędziliśmy do chaty. Zabraliśmy to co było niezbędne do drogi. Starzec osiodłał swojego rumaka i ruszyliśmy w drogę. Eufrant wiedział gdzie ma isć. Po naszym spotkaniu odżyło jakieś dawno zapomniane wspomnienie,które kierowało nas do tego co było przeznaczone. Teraz już wiedziałam,że starzec nie klamał. Gnaliśmy wiele kilometrów lasem. W końcu po paru godzinach dotarliśmy na skraj lasu... Starzec powiedział,że tak daleko jeszcze nigdy nie zabnął. Naszym oczą ukazała się biała pustka... Martwe jezioro śnieżnego pustkowia. Wiedziałam,ze już nie daleko.... Rozejżałam się dookoła... Po prawej stronie dostrzegłam coś podłużnego ,coś czego nie znałam. Nie było to drzewo ,ani żadne stworzenie. Za to starzec usmiechnął się kiedy się zbliżaliśmy do tego czegoś... Wyciągnął księgę,na której kaligraficznymi literami było napisane PRZYSZŁOŚĆ... Kiedyś opowiadał mi,że zajżał w przyszłość a w tej księdze opisał cuda ,które zostanę wynalezione... Pokazał mi stronę na której było napisane latarnia. Namalowane urzędzenie było identyczne z tym co mogłam obserwować na własne oczy... Długi twardy przedniot.. Prawdopodobnie z metalu... Na końcu się rozszerzał i był bogato zdobiony... Kiedy byliśmy już blisko tej LATARNI, to coś na górze błysnęło światłem... Zasłoniłam twarz z trwogi... Instynktownie już uciekam od światła. Ale to nie szkodziło mi. Pognałam Eufranta by zrobił kilka kroków w przód. Nasze cienie się wydłużały z kilejnymi nie pewnymi krokami.... Aż prawie wyszliśmy ze światła. W tym momencie przed nami zapaliła się kolejna latarnia.. Popędziłam rumaka by szedł prędzej.... Kiedy znaleźliśmy się na wysokości kolejnej latarni ta z tyłu zgasła pozostawiając za nami ciemną noc... Mag wiernie podążał za mna... Historia z latarnią ciągle się powtarzała. Kiedy wychodziliśny ze światła jednej z przodu rozbłyskało światło kolejnej,a gdy się z nią zrównywaliśmy ta z tyłu gasła. Latarnie wyznaczały jakąś drogę. Popędzałam Eufranta najpierw do kłudu później już do galopu,będąc pewna,że światło znów się włączy i pokaże gdzie się udać. Szeńczy bieg,zapalające się swiatla latarni ,których z resztą nie powinno tam być... To było jakieś zmieszanie czasów na śnieżnym pustkowiu. Ale kto by się przejmował szczegółami... W świecie wampirów ,wilkołaków i magów oraz innych stworzeń nic już nie dziwiło. Wiedziałam już czym jest Dolina Martwych Jezior.... Jeszcze góra.....
Eufrant stanął dęba... Przed nami pojawiły się skały... Czyżby to już było to..
-Dotarliśmy-powiedział starzec.- Teraz już wszystko zależy o Twojego instynktu...
Wiedziałam co zrobić.... Zamknęłam oczy .. Stanęłam na grzbiecie konia i słuchałam wiatru... Usłyszałam,choć do dziś nie wiem jak,że ściana góry jest płaska.. Nie da się na nią wdrapać. Gdzieś bardzo wysoko wiatr świszcze... Wydaje głuchy odgłos tak jak gdyby.... Zerwałam się... Od tego mam skrzydła by się wzbić. Nie otwierając oczu pędziłam w stronę tego dziwnego dźwięku.. Wiatr znosił mnie. Czasami przestawałam słyszeć świst... W głowie pojawiła się niepewność... Stanęłam w miejscu machając skrzydłami i otworzyłam oczy...... Zobaczyłam ustęp skalny na którym błyszczała latarnia... Oświetlała korytarzyk.. Weszłam do wnętrza tego dziwnego miejsca... Odgłosy które mnie tu przywiodły jeszcze głośniejsze w tym miejscu,przypominały mi jęki.. Nie bałam się chociaż może powinnam...
Latarnie włanczały się na tej samej zasadzie co na dole... Tyle,że teraz poruszałam się ostrożnie,rozglądając bacznie dookoła... Doszłam w końcu na koniec korytarza... Prosta ścina i nic więcej... Nie było NIC.... Opadłam na kolana zrezygnowana... Tyle drogi na nic. Padłam na plecy... W tej pozycji dobrze mi się myśli. Trzymając dłonie na oczach zastanawiałam się co robić. Czy trzeba użyć jakiegoś zaklęcia a może gdzieś powinna być jakaś dźwignie do kolejnego pomieszczenia? Czas mijał... W końcu stwierdziłam ,że to na nic... Odsłoniłam oczy i spojżałam na sufit.. Nie było go jednak widać jak w reszcie korytarza... Zastanowiło mnie to...
-Silme...- delikatne światło uniosło się z mojej ręki ku górze... Sufit był wile matrów nad moją głową i.... coś na nim się iskrzyło... Zerwałam się na nogi i wzbiłam,by się przyjżeć... Kiedy uleciałam kawałek ...latarnie...
-Tu znowu są i prowadzą do góry... Podążam w dobrym kierunku...-pomyślałam z zadowoleniem... Kiedy zapaliła się ostatnia zobaczyłam to po co przybylam.... Utrzymywały się w jakiś dziwny sposób na suficie... Zbroja,miecz,hełm i tarcza... Zdejmowałam je po kolei i kładłam na ziemi.... Potem założyłam na siebie zbroję... Dziwne ,ale pasowała tak jakby była robiona na miarę... Miała nawet wygodne dla skrzydeł wyżłobienia... W piuropuszu na hełmie płonęło pióro feniksa a miecz był tak piękny,że żadne skarby z żadnego świata nie dorównywały mu nawet w połowie.. Tak samo piękna była diamentowa tarcza. Znlazłam ten skarb. Udało się....
Kiedy wróciłam na dół,mag prawie nie zemdlał z zachwytu... Dotykał każdego przedmiotu z czcią. Bylam dumna z siebie. I ...cieszyłam się,że on jest zadowolony ze mnie. Zbliżyłam się do tego człowieka. Stał mi się bardzo bliski. Znalazł Eufranta, pomógł mi tam dotrzeć i nauczył naprawdę wiele rzeczy ,które później okazały się być przydatnymi. Jenakże wiedziałam,że w tym miejscu nasze drogi się rozchodzą. Szkoda... Ale pędziło mnie coś alej w świat.. Pożegnaliśmy się. Dałam mu coś co go ucieszyło.... Wyrwałam kilka moich piór i mu podarowałam.. Kiedyś mogą mu się przydać ....
Ruszyłam na moim czarnym Eufrancie w poszukiwaniu schronienia przed słońcem a starzec wrocił do chaty i już nigdy o nim nie uslyszałam...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)