niedziela, 11 stycznia 2009

katakumby



Niestety w życiu każdego wampira przychodzi taka chwila kiedy jest już znużony wiecznym polowaniem i tym nie ustającym głodem... W końcu nie każdy musi przepadać za ganianiem ludzi ,aby napić się świeżutkiej,pachnącej i jeszcze gorącej krwi... Coż dorówna smakowi tego drogocennego nektaru.. Jednak bywa tak,że wampir po prostu nie może polować..
Setki lat temu ludzie zaczęli budować podziemne cmentarze zwane katakumbami... Robią to z myślą o zmarłych by ich spokój nie został zakłócony i takie tam bla bla bla.... Nieświadomie jednak zgotowali im gorszy los(z ich punktu widzenia) niż spotkałby truposzy po zakopaniu na tradycyjnym cmentarzu.
Od zarania dziejów wampirzych opowiada się o rodzie,który posiadł magiczną moc.... Każdy przemieniony przez nich człowiek dziedziczy te moce. Ale to już inna historia. W każdym bądź razie członkowie rodu magów opracowali zaklęcie ,które pobudza krążenie w żyłach truposzy... Fakt ,ze nie żyją,ale jednak nie są do końca martwi... Ot takie żywe trupy.
Kiedy jeden z nas przestaje polować cierpi na straszliwy głód. CIERPI lecz nie umiera... I w końcu depcząc swą dumę i obrzydzenie rusza w stronę katakumb by pożywić się zimną krwią nieżyjących...
Jest to okropne przeżycie,jednak czasami nieuniknione... Bywa,że trzeba wypić tej okropnej krwi by odzyskać siły po bitwie.... I poczuć w ustach po raz kolejny ten cudowny smak świeżej krwi... I od tego momentu już nigdy nie traci się zapału do codziennych nocnych łowów.

sobota, 10 stycznia 2009

wspomnienia nie doszłej ofiary


To miasto to istna ruina. Ludzie ze wsi nigdy się tam nie zapuszczają. Robią to tylko ludzie którzy chcą się ukryć... Przychodzą wtedy tutaj.. Oczywiście nikt za nimi tutaj nie przyjdzie więc czują się bezpieczni... Zaczynają snuć się po zabłoconych uliczkach i oglądać dokładnie każdy zakamarek.... Najczęściej odnajdują w końcu część sypialną miasta... Najbardziej cieszyło nas to kiedy robili to nocą.... Mieliśmy wtedy urozmaicenie nudnej rutyny,bo jakże zabawny jest ich wyraz twarzy kiedy odkrywają salę pełna trumien... Co odważniejsi a może szaleni.. nie wiem.. podchodzą i otwierają jedną z nich ,by przekonać siebie,że tak naprawdę tam nic niema,że to nie są trumny tylko skrzynie(cóż za naiwność) ... Czasami zdarzało się ,że ktoś jeszcze nie wstał no to człowieczka czekał wielki szok... Po otwarciu wieka jego oczom ukazywała się blada postać i...nagle otwierała oczy. Nieszczęśnika paraliżowało ze strachu... No cóż przynajmniej nie trzeba było gonić śniadania...
Znam to miejsce z odwiedzin w tamtych stronach... Lecz nic nie zastąpi naszej groty...


..........................

Dużo się u nas mówiło o tym miasteczku zza wzniesienia... Nikt od lat tam nie zagląda,ale krąży po wsi legenda,że miejsce to jest nawiedzone. Czasami kiedy w nocy jest zupełnie cicho ludzie słyszą jakieś dźwięki spoza górki dzielącej naszą wieś od miasteczka.. Nikt oczywiście nie ma ochoty tam iść sprawdzić co jest przyczyną tych niepokojących odgłosów. Mawiają,że to duchy,ale ja wiem ,ze tak wcale nie jest. Prawdę znam ja i one.
Cała historia zaczęła się od pewnego piątkowego wieczoru który postanowiłem spędzić w barze na peryferiach wsi przy dobrym drinku podczas cotygodnio
wej potańcówki. Pojawiał się tam wcześniej pewien nieznajomy koleś. Nigdy nie przyglądałem mu się uważnie gdyż zawsze z byłem pogrążony rozmową z kimś. Tym razem jednak oblewałem samotnie odebranie wypłaty z największą premią jaką kiedykolwiek dostałem ...
Zacząłem obserwować tego gościa bo się dziwnie pałętał po lokalu... Zauważyłem w pewnym momencie jak ociera się o pewnego faceta i wyjmuje mu portfel.. Zaświeciła mi się wtedy czerwona lampka,że mamy w barze złodzieja... Pomyślałem o pieniądzach w moim portfelu... Nagle ktoś się o mnie otarł... Ten koleś! Automatycznie dotknąłem kieszeni która była już pusta... No nie cała wypłata w nim była.... (bo lubię mieć papierki ,które mogę dotknąć i zobaczyć. Nie to co z cyferkami na bankomacie)... Zacząłem się ro
zglądać za tym typem i zauważyłem go przy drzwiach. Widocznie wyczuł,że go przejrzałem i postanowił zwiewać. Pobiegłem za nim.... Kiedy dostałem się na zewnątrz zobaczyłem jak biegnie na wzniesienie. Pięknie ,biegnie do Przeklętego miasta... Pomyślałem. No ,ale co byście wybrali... Pieniądze czy strach przed starą legendą? Ja wybrałem pieniądze i puściłem się galopem za nim... Biegł szybko,nie mogłem nadążyć za nim szczególnie pod tą górę... Zostałem daleko w tyle. Goniłem go tak nie całe dwa kilometry... Widziałem jak wbiega do miasta i kieruje się na zapuszczoną główną drogę. Nigdy tam nie byłem za dnia a tym bardziej nie w nocy... Było to straszne miejsce. Opuszczone ciche. Domy i większe budynki pozawalane. Na drodze ,a raczej czymś do niej podobnym ,mnóstwo błota. Wkoło rosło pełno zapuszczonych traw i krzaków a ten typ miedzy nimi. Przystanąłem daleko za nim. Coś mnie niepokoiło. Może to ,że on stanął jak wryty w pół kroku. Schowałem się za drzewem obserwując co się będzie działo. W końcu mogli tam być jego koleżkowie a on mnie tam zwabił,żeby spuścić mi łomot. Nic nie widziałem na początku... Jednak po paru chwilach na przeciwko mężczyzny pojawiły się dwie postaci... Dostrzegłem ,że ich skóra była bardzo jasna.. Nawet z daleka było to widać co wydało mi się dziwne. Była to kobieta i mężczyzna. Odzienie tegoż drugiego było dziwne.. W tych czasach nosi się dżinsy i koszule a nie,takie średniowieczne ciuchy. Poczułem niepokój. Mężczyzna przemówił głęboki głosem a kobieta tajemniczo sie uśmiechało i ...mógłbym przysiądź ,że jej oczy się rozżarzyły.. Ale mogło mi się przecież wydawać gdyż stałem daleko od nich... Słyszałem wyraźnie co mówił ten w dziwnym stroju...
-Po cóż przybywasz w to miejsce ??? Czy schronienia szukasz przed kimś w mieście porzuconym..? No więc powitać wypada gościa. Bo Ci bardzo rzadko u nas goszczą... Zapraszam na śniadanie...
A na twarzy pojawił mu się uśmiech tak złowieszczy i ironiczny ,ze przeszedł mnie zimny dreszcz.... Z powalonych budynków na drogę zaczęły wylewać się ciemne postacie. Poruszały się bezszelestnie w stronę gościa który przed chwilą ukradł mi portfel. Widziałem jak drży ze strachu. Ja też się trzęsłem.. Chciałem uciekać ,ale nie mogłem.
Miałem być świadkiem najbardziej obrzydliwego widoku jaki było
mi dane widzieć w całym moim życiu...
Podeszła do niego ta kobieta o dziwnym spojrzeniu... Objęła go w pasie i dotknęła policzka. W tym momencie rabuś zaczął krzyczeć. A był to krzyk zwierzęcia złapanego w potrzask pełnego bólu i bezkresnego przerażenia... Złapała go od tyłu za głowę i wgryzła się w jego szyję.... Reszta zaczęła panicznie się śmiać,wstrętnym dzikim rechotem,który jeszcze dziś słyszę we śnie.. Lecz jeszcze bardziej utkwił mi w pamięci krzyk który wznosił się ponad śmiechem.... Nawet nie wiem kiedy znalazłem się na szczycie wzniesienia. Jakiś pierwotny instynkt przetrwania poniósł me nogi naprzód byle dalej od tych bestii...
Straciłem tej nocy nie tylko portfel ,ale też spokój,bo wiem,że one
były świadome mojej obecności. Dały mi przedstawienie a kiedyś mnie odnajdą bym zapłacił za nie własną krwią... Kiedy idzie wieczorem ulicami miasta do którego się przeniosłem,przeraża mnie każdy człowiek o bladej cerze i każdy szmer choć wiem,ze są bezszelestni...



..................................................................................................
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
..................................................................................................



Czasami w życiu człowieka zdarza się coś czego nigdy by się nie spodziewał i nigdy nawet nie przypuszczał ,że może wydarzyć się w rzeczywistości. Tak też było i tym razem... Pochodziłam z rodziny gleboko wierzącej. Ojciec zawsze powtarzał,że trzeba mieć ufność w Chrystusie a nigdy nic złego się nie przydarzy... Wierzyłam w słowa ojca i gorąco się modliłam do Jezusa by nigdy nic złego mnie nie potkało. Przez te wszystkie lata wychodziłam cało z różnych opresji. Zawsze jakimś dziwnym trafem wszystko układało się i wracało na właściwe tory.... Mijały lata a ja dorastałam w miłości i cieple rodzinnym. Chociaż byłam dobrze wychowana zdarzało mi się popełniać głupstwa a to co opiszę było jednym z nich...
Siedziałam wieczoru pewnego z przyjaciółką w barze mlecznym... Plotkowałyśmy ,śmiałyśmy się i dzieliłyśmy się róznymi nowinkami o kolegach ze szkoły ,którą skończyłyśmy kilka lat wcześniej. Tyle się pozmienialo. Każdy z nas ruszył w innym kierunku. Jedni wyjechali za granicę studiować,inni założyli rodzinę a jeszcze inni tak jak ja szukali sensu w tej szarej rzeczywistości...
Generalnie nie zwracałam uwagi na ludzi tylko skupiałam się na rozmowie,ale kiedy tym razem otworzyły się drzwi po prostu wszystko co widziałam i słyszałam zawęziło się tylko do niego... Wysoki, przystojny i....jakby obłąkany. Zasiadł przy barku i poprosił o dużego drinka... Oczywiście w barze mlecznym mogli mu zaoferować jedynie kawę... Nie wiem czy do niego nie docierało gdzie wszedł czy może był odurzony jakimiś środkami. Przyglądałam się mu tak uważnie,że moja koleżanka ,aż zwróciła mi uwagę bym ją słuchała.... Przytaknęłam jej i jeszcze chwilę słyszałam jej opowieść jednak nie długo bo znowuż cała moja uwaga uciekła w jego stronę....
Zamówił wreszcie kawę rezygnując z drinka... Powiedział,że woli być trzeźwy,żeby móc przed NIMI uciec kiedy po niego przyjdą... Nie wiedziałam o co chodzi.. Może był nie spełna rozumu,ale im dłużej się przyglądałam temu mężczyźnie tym bardziej dostrzegałam,że nie jest szalony tylko przerażony....
Próbował coś mowić do kolesia który siedział obok niego.. Nie słyszałam dokładnie o czym mówił... Powtarzał tylko coś o bestiach. Mężczyzna postukał się po głowie i przemiusł się do stolika zostawiając tamtego samego. Ten "obłąkany" spojrzał gdzieś przed siebie i zwiesił głowę w bezsilności...
To był impuls. Nawet nie zauważyłam kiedy wstałam od stolika i poszłam w stronę baru odsunęłam stołek i usiadłam obok mężczyzny... Moja koleżanka musiała się nie źle wkurzyć,ale jestem pewna ,że mi wybaczyła... Mężczyzna jeszcze chwilę siedział bez ruchu,aż wreszcie podniósł głowę i spojrzał na mnie załzawionymi niebieskimi oczami... Wyglądał jakby nie spał kilka nocy...
-Czego chcesz..? - burkną prawie nie słyszalnym głosem.
-Wysluchać Cię...
-Jasne-ożywił się..-pewnie w stoliku czekają Twoi koleszkowie z którymi będziesz miała nie zły ubaw ze mnie... Zjeżdżaj i nie zawracaj mi głowy. I tak nie zostało mi wiele czasu a nie chcę go tracić na kolejną bezsensowną rozmowę.. I tak mi nikt nie wierzy..
I to był dla mnie najlepszy punkt zaczepienia.
-Mój ojciec wychował mnie tak bym służyła bliźnim... Zauważyłam,że jesteś sfrustrowany i chcesz z kimś pogadać,więc...jestem i słucham Cię. Uwierzę w to co powiesz,gdyż tak mi nakazuje wiara. -chyba podziałało,bo koleś uśmiechnął się a jego oczy jakby błysnęły błekitem.
-No dobrze ,ale.... rozejrzał się po lokalu,ludzie zerkali na nas z ukradka. Pewnie dlatego ,że wcześniej zachowywał się tak niespokojnie.- uhmmm...może nie tu. Za wiele ludzi,czuję się źle kiedy jestem w tłumie...
Przytaknęłam i poszłam po moją torebkę... Powiedziałam koleżance,że się jeszcze z nią skontaktuję i wyjaśnię jej wszystko później. Niestety nie mogłam tego już nigdy zrobić.
Podążyłam posłusznie za mężczyzną . Podszedł do czerwonego mustanga... W głowie mi zawirowało kiedy wyciągnął w jego stronę rękę a światła wesoło zamigotały sygnalizując,że auto jest otworzone.... Jednak nie to zrobiło na mnie wrażenie jakim autem woził się ten człowiek a to ,że ktoś kogo stać na taki pojazd doprowadził się do takiego stanu. Podszedł do drzwi i otworzył je przede mną... Wsiadłam do wozu. Roznosił się w nim zapach samochodowego perfumu o bardzo przyjemnych nutach wanilii,piżma i innych zapachów których nie umiałam rozpoznać. Zastanawiałam się co faceta o tak dobrym smaku mogło tak bardzo skołować... Wsiadł do samochodu i odpalił... W jednej chwili znaleźliśmy się na drodze gnając z wielką prędkością.
-Dlaczego się tak spieszysz!- czułam się nie pewnie jadąc taką szybkością po miescie. Latwo o wypadek w takich warunkach,a mnie życie było miłe... Zapięłam pasy... Zaśmiał się...
-Myślisz,że śmierć w wypadku jest straszna?! Z dwojga złego wolałbym właśnie taką....
-Co masz na myśli??? Zwolnij proszę!!!- Ściągnąl nogę z gazu i trochę mi ulżyło...
-Byłem tydzień temu w jednej miejscowości w interesach... Było swieżo po wypłacie więc w portfelu miałem cała sumę bo nie lubię plastiku. No wiesz...kart kredytowych... ALe pech chciał ,że jakiś koleś skosił mi go z kieszeni. Na szczęście,albo nie szczęście połapałem się i pobiegłem za nim by odzyskać moją własność i skopać dupkowi tyłek...-patrzyłam na niego a on stawał się coraz sopkojniejszy a wzrok skupiony na drodze. Slowa stawały się pewne... Strach ustępował spokojowi..spokoj nienawiści....-biegłem za mim dobry kilometr pokonując spore wzniesienie.. Zobaczyłem za nim jakieś opuszczone rudery.. Ponoć opuszczone miasteczko w którym straszy... Tyle dowiedziałem się o tej miejscowości i jej historii przez te kilka dni pobytu... Przecież nie mogłem sądzić ,że... No ale po kolei... Koleś pobiegl w to miejsce a mnie cóż pozostało.. Goniłem go dalej. Jednak w pewnym momencie się zatrzymał jak wryty ,więc postanowiłem się schować w bezpiecznej odległości. Przypuszczałem,że dostrzegł swoich koleszków i będą zgrywać kozaków co by mogło się dla mnie źle skończyć... Ale nie... Na przeciwko wyszła mu mała grupka ludzi. Byli dziwni.. Spokojni,bezszelestni.. W sumie wzięli się z nikąd,tak jakby zmaterializowali się... Była z nimi kobieta.. Obięła go w pasie i.....-głos mu zadrżal. Jakieś wspomnienia znowu zakłóciły jego pewność siebie i lekko odbiły się na twarzy. Dotknęłam jego ramienia...
-Jak nie chcesz to nie musisz mowić więcej...
-Muszę bo inaczej stracę do końca rozum! Ona ..ona wgryzla się w jego szyję a reszta zaczęła się dziko śmiać... W tym momencie uciekłem,ale jestem pewien,że wiedziały o mnie te istoty... Dały mi pokaz a teraz zapolują na mnie. Boję się każdego szmeru i każdego dziwaka o jasnej cerze... Nigd nie wierzyłem w demony,duchy i inne głupoty,ale teraz już nie jestem pewien czy rzeczywiście wszystkie te opowieści są wyssane z palca. Widziałem to! Nie śniło mi się. Przyjechalem do tego miasta zaraz po tych wydarzeniach. Nawet nie wstąpiłem do pensjonatu po moje rzeczy.... To było takie strszne...
-Co to byli za ludzie?? -zapytałam z zaciekawieniem. Jakaś dziwna cząstka mnie pragnęła odkrycia tej tajemnicy.. Chciałam wiedzieć a jego umysł był kluczem.
-To..hm.. nie jestem pewien,ale jeśli wierzyć w legendy.. Eghm... Oglądałaś Wywiad z wampirem?
-Owszem...ale co to ma do rzeczy...
Spojrzał na mnie i utkwił we mnie swój przenikliwy wzrok.... Nie musiał już nic mówić... Już wiedziałam,choć nie mogłam uwierzyć.
-..o wielki Boże... Chyba nie chcesz mi powiedzieć ,że to były....
-Tak.... To były one!

czwartek, 8 stycznia 2009

wilcze opowiastki 1

Świat który poznaję od chwili otworzenia oczu w pewien lipcowy poranek pewnie nie pasuj do świata który zna przecietny śmiertelnik...



Czułam przeraźliwy ból pleców... Nawet nie wyobrażacie sobie jak on przeszywał... Wydawalo mi się momentami ,ze nie tylko boli mnie ciało ,ale także dusza... Wiedziałam,że działy się ze mna złe rzeczy jednak leżąc tak z zamkniętymi oczami ledwo co przebudzona nie umimałam sobie nic przypomnieć.... w ogóle chyba nawet nie chciałam..
Zdecydowałam w końcu otworzyć oczy aby sprawdzić skąd bierze się to ciepło opierające się na moich policzkach.... Jak przez mgłe zobaczyłam coś czarnego i blekitnego....
- Aaa to drzewa i niebo..- pomyślałam- Co drzewa!? Gdzie ja jestem i skąd się tu wzięłam???
Pokonując ból podniosłam się z ziemi... Zauważyłam,że wkoło mnie jest dużo krwi... Nawet do głowy mi nie przyszło,że to może być moja krew i szczerze mówiąc długo zajęło mi zrozumienie ,że tak właśnie jest. Wzięłam się trochę w garść. Zaczęłam sobie przypominać co tam robię i... kim jestem,bo tego też nie pamiętałam. Generalnie mówiąc w moim umyśle była pustka! Jakże to przeraźliwe kiedy się nie wie kim się jest... Ale prawa jest tak szokująca,że może lepiej dla mnie było w danym momencie nie wiedzieć..
Nie widzę potrzeby by opowiadać Wam co działo się ze mną przez kolejne lata,bo to były naprawdę podłe czasy... Traktowano mnie jak zwierzę. Szydzono z tego ,ze nie znam odpowiedzi na tak proste pytania jak:skąd pochodzisz? Jednak,niektóre sytuacje powodowały u mnie przebłyski pamięci. Czasami widzialam kawałek nieba,a czasami ogień i jakieś twarze.... Wszystko się mieszało,było takie bezsensowne. Nie pasowało do tego co zwykłabyłam była oglądać codziennie na paryskich ulicach w czasach tak bardzo odległych ludzią z 21 wieku.
Pojawiały się też imiona. Były niezwykle dziwne wręcz magiczne... Ursus o twarzy czarnej jak smoła a jednak nie wzbudzającej we mnie strachu.... W wizjach był wojownikiem,którego się powszechnie bano. Tak.... Wielką zagadką były dla mnie te "wspomnienia" i Ursus... Nie wiem jak to możliwe,ale chociaż nie wiedziałam co mnie z tym stworzeniem łączy tęskniłam za nim... A niedługo miałam poznać odpowiedź dlaczego...
Widywałam także w snach jakieś świetliste postaci.... Były złe na mnie... Dlaczego...? Ich olicza były tak piękne,białe....bilo od nich dobro takwielkie jakiego nie można zobaczyć u żadnego śmiertelnika a jednak gniewali się. I...jeszcze jedno co u tych postaci przykówało moją uwagę... Coś tak niezwykłego,że nie pozwalało mi wierzyć w realność tych wizji... Zarówno Ursus jak i świetliści mieli skrzydła....
Pewnego wieczoru kiedy siedziałam przed domem mego pana zauważyłam postać kroczącą po drodze. Okazała się być brzydką staruchą z cygańskiego rodu. Pozdrowiła mnie więc niechętnie odpowiedziałam... Zaproponowała mi wieszcze uslugi. Jednak odmówiłam,ale ona nalegała. Powiedziała,że zrobi to za darmo i że może mi powiedzieć co tylko będę chciała... Te słowa jakoś do mnie trafiły. Pomyślałam,że może istnieje jakaś maluteńka iskierka nadzieji ,że ona potrafi powiedzieć mi kim jestem.... Zgodzilam się.. Starucha uśmiechnęła się szyderczo i wzięła moją dłoń w swe ręce... Uczepiła się koloru mojej skóry... Bo choć już było po zmierzchu było widać ,że jest ona biała...
Kobieta zaczęła oglądać moją dłoń z każdej strony ,ściskać,prostować rozpościerać palce... Przyświecala sobie przy tym pochodnią i tajemniczo powtarzająć -mmhmmm... Na jej twarzy pojawiał się na zmianę uśmiech ,potem krzywiła usta i znowóż jaśniala... W końcu rzekła
-Skąd te blizny na plecach...? - zdziwiłam się bardzo gdyż suknia moja nie odsłaniała pleców i nigdy nikomu ich nie pokazywałam... Byłam zmuszona odpowiedzieć ,że nie wiem będąc w szoku,że ta starucha o tym wie.
Obizała warki i powiedziała,że ONA wieeee....

-Kochaneczko,kiedy Cię ujżałam siedzącą tutaj samotnie poczułam ,że nie jesteś zwykła dziewczyną. Swiat ten pełen jest cudów. Jako stara kobieta wiem co mówię,bo już nie jeden widziałam na wlasne oczy... Ty moja droga pochodzisz z zacnego rodu... Jednak pobyt tu jest karą dla Ciebie. W dodatku nie odwołalną. Mieszkalaś kiedyś...jakby to powiedzieć w świecie podobnym do naszego,ale o wiele lepszym... Istoty które Cię spłodzily były do ludzi podobne ,ale nimi nie były.. O mój Boże....One wyglądały jak....anioły!

W tym momencie zrobiło mi się słabo..Wszystko nabierało sensu... Blizny,białe twarze lśniące takim blaskiem jakgdyby spoglądać w słońce... Te twarze to ojciec i matka!... Skrzydła,anioly... Tyle się o nich słyszało w kościołach ,ale przecież myślałam,że to bójdy i w dodatku ta tam próbuje mi wmówić....
Zabralam rękę od staruchi i uciekłam wlas. Coś jeszcze za mną krzyczała ale nie dbałam już o to! Wszystko stało się tak jasne... WSZYSTKO! Tak jakbym nigdy nie miała amnezji. Ursus! Mój kochany... Nie był aniołem tylko znienawidzonym przez aniołów demonem... Ja zawsze wolałam nazwę Czarny Anioł... Taaak....Kochałam go a teraz już nigdy go nie zobaczę bo jestem na ziemi-myślałam. W tym całym szaleństwie przypomniało mi się też jak odkryto,że się spotykamy,jak rodzice byli zawiedzeni i jak rada starszych postanowiła mnie strącić za winy do niższego świata-na ziemię. Ten ból przy wyrywaniu skrzydeł przez kata... Upodobniono mnie świętą magią do czarnych jedynie kolor skóry się nie zmienił.... Jestem aniolem bez skrzydeł...a raczej byłam do pewnego momentu...
Dobiegłam do urwiska nad brzegiem morza. Myślałam gorączkowo co mam ze sobą zrobic .Patrzyłam gdzieś w dal wsłuchując sie w szum fal... Mogę go spotkać jedynie we śnie... Tak się nie da żyć... Postanowiłam. Skoczę! Stanęłam na krawędzi.. Popatrzyłam w dół na fale rozbijające się dziko o skały. Moglam to widzieć dośc dokładnie gdyz miesięczny księżyc tak lśnił,że bylo jasno jak za dnia. Widok ten nie wzbudzał we mnie strachu.. Chciałam skoczyć...ale usłyszałam za soba szelest... Odwróciłam się delikatnie by kontem oka zobaczyc co sie dzieje... Resztka ciekawości ,albo przeznaczenie?
Stała tam ona.. Mała dziewczynka... Miała może 11-12 lat. Na pozór... Powiedziała do mnie coś w stylu ,ze mnie wyzwoli... Nie powiem,żeby kusiła mnie ta propozycja,ale nie miałam nawet czasu na zastanowienie. Rzuciła się na mnie odciągając od krawędzi przepaści trzymała w żelaznym uścisku nie proporcjonalnie mocnym w stosunku do jej postury. Zobaczyłam lściące zęby... Dwa długie kły!
Później zbudziłam się jakaś inna odmieniona,między stworzeniami których nie znałam... W miejscu zwanym przez nie Grotą Wiecznego Mroku... I w istocie słońce nigdy nie zagląda w to przeklęte miejsce.... Byłam taka głodna... Wyjaśnili mi kim teraz jestem...
Władczyni powiedziala,że jestem wampirem.... Że zostałam ugryziona przez rozwydrzoną wampirzą dziewczynkę,która mnie porzuciła po przemianie. byłam jedną z nich,ale każdy widzał,że nie jestem taka jak oni.. Bo nie byłam nigdy człowiekiem... Jestem aniolem! Czarnym aniołem! Odzyskałam skrzydła i ruszam w drogę by odnaleść ukochanego... Może teraz nosi inne imię,ale poznam go w każdej postaci i pod każdym imieniem. Nie wiem gdzie jesteś ,ale kocham Cię....

A teraz.... Teraz idę na śniadanie.
Bywajcie!

Wilcze opowiastki

Wielu z Was pewnie uważa to za wariactwo... Myślicie,że jestem dziwna? Może macie rację....
W sumie myślę,że nie ma nic złego w uosabianiu się z czymś czym się nie jest i nigdy nie będzie. To jest właśnie sila wyobraźni i przywilej artystów.
Można robić co się chce. Być czymś co nierealne...
Ja wybieram bycie aniołem,bo chcę być z całego serca taka jak one... Przecież nie jest grzechem marzyć o skrzydlach prawda?? ;)


Chociaż każdy z nas wygląda jak człowiek i zachowuje się generalnie jak człowiek...nie jest nim... A już napewno nie ja... W końcu pochodzę z rodu aniołów a to ,że przypadkiem stałam się potępioną to szczegół... Życie nasze jest proste... Pozwalamy sobie na przyjemności takie jakie są przywilejem Was...ludzi. Lubimy przechadzać się po parku,lubimy iść do pubu. Prawie normalnie. PRAWIE.... Gdyż ciągle towarzyszy nam głód... Ten specyficzny głuchy tętent dzikej żądzy krwi która rozbrzmiewa echem w głowie.... I narasta...narasta... Aż w pewnym momencie uświadamiasz sobie ,że trzymasz w rękach przerażonego obywaltela ze spojrzeniem pochwyconej zwierzyny.. I cóż .. W istocie przecież nią jest... Z kącików ust spływa Ci słodki gęsty nektar,który NAM wampirą daje życie i ulgę od glodu. No cóż to jest ta nieprzyjemna część Naszego życia,tórej tak na prawdę nienawidzę. Nie lubię robić Wam krzywdy,przez wzgląd na czasy tak dawne,że w rzadnych starych księgach nie są opisane.
Myślicie pewnie,ze nieśmiertelność to błogoslawieństwo. Ale pomyślcie jakże niesprawiedliwe jest czucie głodu przez wieczność.... Jakże ciężkie jest czekanie na ukochanego. Codzienne rozmyślanie i nadzieje,że może właśnie dziś dane będzie go spotkać... Taaak,niestety.. Innym może jest lżej. Tym ,co za życia przed przemienieniem byli ludźmi... Mogli patrzeć jak ich bliscy żyją,starzeją się i umierają. Nikt nie bronił im obserwować ludzi... Jedni nawet łamali zakaz i spotykali się z nimi. A ja?! Zostałam wygnana z nieba przez to że kochałam demona. Teraz sama nim jestem tylko z tą różnicą ,że w innym wymiarze. Nie wiem jak to będzie przetrwć cała wieczność w tęsknocie. Może los uśmiechnie się do mnie i kiedyś ujrzę Ursusa dumnie galopującego na swoim czarmym dzikim ogierze. Ahh jak bardzo kochałam ten widok.. Innych aniołów napawał trwogą ,ale nie mnie. Ja zawsze wiedziałam,że nawet demoni mają serce. W końcu wywodzą się z tego samego rodu co świetliści. No i stało się pokochałam największego z największych wojów. Tego który zabił wielu z moich braci... I za to poniosłam karę. Może na nią zasłużyłam. Nie wiem. Ciężko mi to ocenić. Ale czy miłość jest grzechem? Czy przez to ,że serce zabiło to wystarczający powód by odcinać mnie od rodziny i ukochanego?? Nigdy tego nie zrozumię. No coż,bardzo odbiegłam od tematu ...
No więc wracając do naszego wampirzego życia. Na czym to skończyła..? Aaaa wieczność... Z jednej strony ciagła samotność,chyba że zrzeszymy się w klan taki jak nasza grota. Ale nawet w takim miejscu brakuje ciepła.. W końcu jak szukać go wśród nieżywych? Bo przecież wiecie,że nasze ciała są martwe,prawda? Nie macie pojęcia jakie to wstrętne uczucie nie czuć bicia swego serca.... Dotyk dłoni wampira jast lodowaty jak oddech azteckiego Iztlacoliuhtqui... To znaczy PRZERAŹLIWIE zimny... !!!
Z drugiej znowuż strony wiele widziały nasze oczy.... Ja przezylam na ziemi około tysiąca lat... Szmat czasu ,ale wobec wieczności to ani ułamek sekundy. Moje oczy widziały,egzekucje na czarownicch,wojny,zarazy. Widzialy też ślubne bale do rana. Ale to świat ludzi nie nasz. My mamy inne zmartwienia. Zwią się wilkołaki. Taaa krwiorzercze bestie. Lubią krew ludzi ,ale ponad wszystko są koneserami krwi stworzeń nocnych takich jak my-wampiry. Więc musimy mieć się na baczności gdyż nie wiemy kiedy się zjawią. A powiem Wam ,ze są naprawdę straszne! Ich ogromne pyski i dłygie kły! One nie jedzą tak czysto jak my. Po uczcie wilków zostją tylko strzępy mięsa i kości co wygląda dośc nieapetycznie... Ponadto ciężko dać im radę bo mają wielką siłę. Nie żebymy byli słabi bo wcale tak nie jest. Mamy swoje moce jednakże wilkołaki to godni przeciwnicy. Co jakiś czas czują taki głód na naszą krew ,że wataha rusza na łowy. Sa to dni grozy... Musimy walczyć żeby żyć... Wiem wiem,narzekałam na wieczną tułaczkę po ziemi ,ale chyba nikt nie chcialby być rozszarpany przez wilka. Upokażające! No więc kiedy przychodzi czas wojny zostawiamy wszystkie swe zwykłe zajęcia,opuszczamy grotę i stajemy przed naszymi śmiertelnymi wrogami. Musimy wyzbyć się wszelkiego strachu by pokonać nie żadko silniejszych przeciwników. Uważam jednak ,że w gromadzie latwiej stawić czoła rozwścieczonej bestii niż w pojedynkę.
Przypominam sobie,ze kiedyś,był to chyba rok 1587 ,jesień....albo może nawet zima...przechadzałam się przez park... Miałam to w zwyczaju... Piękne czasy... Opasłe suknie i kożuchy... Łatwo było ukryć skrzydła,pod zwojami falbam i koronek... A nawet czasem szło je wykożystać jako ozdobę.. Oj ,znów zeszłam z tematu... Przechodząc przez uliczkę usłyszałam jakiś dzwięk. Przystanęłam nasłuchując... Pomyślałam ,ze miłoby było zjeść kolację... ALe się pomyliłam,bo niestety to ja miałam nią być! Z krzaków wyskoczył rudy wilk... Pech chciał ,ze w tych czasach jeszcze nie znano kwasu pieprzowego ani odstraszaczów na psy... A ja miałam przy sobie tylko parasolkę... I co niby miałam mu nią zrobić?? Dać w łeb? Nie bardzo bo nawet nie dosięgłabym... Uciekać?? Nie przystoi szanującemu się wilkołakowi... No więc stanęłam do walki... Jednak co to była za walka... Obalił mnie jednym ruchem łapy... Aż wstyd się prrzyznać... Naszczęście podobnie jak ja nie był uzbrojony więc nie miał czym odciąć mi głowy... I tyle szczęścia... Ale nie na długo... Zwalił się na mnie tym śmierdzącym cielskiem i zaczą okladać łapami... Poranił mi ramiona piersi a nawet twarz.... W końcu zemdlałam z wysiłku. Bylam pewna ,że zaraz spotka mnie ta chańba bycia rozszarpaną przez wilka. Jednak otwarłam oczy... Zaczynało świtać... A obok mnie leżalo ścierwo rudego wilkołaka. Jak to się stało?? Jest to zagadka której chyba nigdy nie rozwiklam.